Wybitne polskie placówki i ich organizatorzy

WYBITNE POLSKIE PLACÓWKI I ICH ORGANIZATORZY

Ksiądz Bronisław Markiewicz (1842—1912)
Ks. Bronisław Markiewicz należy do nielicznych wybitnych wychowawców, którzy mieli zawodowe przygotowanie do pracy (studia pedagogiczne i psychologiczne we Lwowie, na UJ oraz praktyka w Turynie u boku ks. J. Bosco).
Jako salezjanin przywiózł z Włoch do Polski wspaniałą ideę bezgranicznego służenia dzieciom opuszczonym i ubogim. Założył kilka placówek opiekuńczo-wychowawczych dla chłopców. Największe sukcesy odniósł w Miejscu Piastowym (koło Krosna). Rozpoczął od przyjęcia na swą plebanię 20 chłopców i systematycznie rozbudowywał zakład, dochodząc pod koniec XIX wieku do wzorcowej placówki wraz ze szkołą powszechną i gimnazjum oraz warsztatami i pracowniami, w których uczył młodzież przyszłego zawodu. Placówka była samowystarczalna.
Wyroby skórzane i produkowane tu zabawki stały się towarem poszukiwanym nie tylko w zaborze austriackim.
Główne hasło salezjanów, realizowane również przez ks. B. Markiewicza, brzmiało „Powściągliwość i praca!” Toteż warunki życia w jego placówkach określa się jako skromne. Uwidaczniało się to w prostym ubraniu i wiejskim pożywieniu, ale wychowawcy-klerycy mieszkali, jadali i pracowali razem ze swymi podopiecznymi.
Oprócz wychowania przez pracę, ks. Bronisław Markiewicz stosował wychowanie przez rekreację i działalność twórczą. Młodzież miała okazję do różnorodnej zabawy i mogła się realizować w zajęciach muzycznych,
plastycznych,
teatralnych,
turystycznych i sportowych.
Drukowano własnym sumptem gazetkę, działała dobrze wyposażona biblioteka.
Stosowano też metodę prewencyjną, – polegającą na takim rozplanowaniu dnia, które uniemożliwiałoby złe zachowania podopiecznych.
Ważną rolę odgrywały też dobrze obmyślone regulaminy i ciepła, rodzinna atmosfera. W Miejscu Piastowym zastosowano też karty indywidualne dla zracjonalizowania procesu poznawania wychowanków.
Warte podkreślenia są nowoczesne poglądy ks. Bronisława Markiewicza na temat kary i nagrody w wychowaniu. Uważał, że nie należy karać za błędy oraz wady psychiczne i fizyczne,
np. brak pamięci,
powolność ruchów,
niezgrabność.
Nie powinno się też karać zachowań będących skutkiem lekkomyślności i żywego usposobienia.


A oto jego sześć zasad karania:
1.Kara wychowawcza może być stosowana tylko po ustaleniu
odpowiedzialności moralnej wychowanka. Możemy karać
podopiecznego tylko wtedy, gdy jesteśmy przekonani, że on
świadomie dopuścił się błędu. W przeciwnym razie kara byłaby
niesprawiedliwa.
2. Kara powinna być proporcjonalna do przewinienia.
3. Kary powinny być stosowane rozważnie, tj. wtedy gdy inne środki
okazują się niewystarczające.
4. Kary muszą być dostosowane do wieku, temperamentu,
usposobienia i wykształcenia podopiecznych.
5. Nie wszystkich kar należy udzielać w obecności innych
wychowanków, aby nie ośmieszać dziecka w oczach kolegów
6. Kara powinna spowodować u wychowanka zmianę nastawienia
wewnętrznego. Musi on poznać swój błąd i uznać jego sprzeczność
z zasadami społecznymi”.

Zdaniem B. Markiewicza nagrody są skuteczniejszym środkiem wychowawczym niż kary. Przy czym nie należy nagradzać dobrego zachowania, wypełniania swoich obowiązków lub przymiotów natury, jak np. dobra pamięć czy miły wygląd.
Ks. B. Markiewicz do końca II Rzeczypospolitej cieszył się w Polsce wielkim autorytetem w sprawach opieki nad dzieckiem osieroconym i był cytowany w wielu pracach.
Założył Towarzystwo „Powściągliwość i Praca” i poczynił istotne przygotowania do powołania zgromadzenia michalitów, do dziś specjalizujących się w pracy opiekuńczo-wychowawczej. Ma też znaczny, ale rozproszony dorobek pisarski”

B. Markiewicz, Kilka słów o karach, Powściągliwość i Praca” 1899, nr 2, s. 40—41.
B. Markicwicz, Nagrody i kary, Powściągliwość i Praca” 1903, nr 7, s. 52—54.
M.in.: Przewodnik dla wychowawców młodzieży opuszczonej, t. 1 i 2, Miejsce Piastowe 191.
5] 000 dzieci opuszczonych w Galicji, Czas” 1908, nr 63; Do przyjaciół maluczkich, ubogich i opuszczonych, Powściągliwość i Praca” 1898, nr 1.



Kazimierz Lisiecki (1902—1976)
Kazimierz Lisiecki należy do grupy pedagogów czynu, którzy nie przywiązywali większej wagi do słowa drukowanego, woleli działać, tworząc przy tym nowe rozwiązania w dziedzinie opieki nad dzieckiem — warte dziś analiz teoretycznych.
Lisiecki pochodził z rodziny rozbitej i dlatego trafił do bursy w Żbikowie, kierowanej przez J.Cz. Babickiego.
Ukończył studia pedagogiczne w Wolnej Wszechnicy Polskiej oraz kurs dla wychowawców placówek opiekuńczych. Współpracował z Kazimierzem Jeżewskim jako wychowawca w „gnieździe sierocym” przy ul. Szarej w Warszawie. W 1927 r. włączył się do pracy Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy. Początkowo zajął się losem młodocianych gazeciarzy warszawskich, którzy często byli jedynymi żywicielami całych rodzin. Swe zainteresowania rozszerzył wnet na wszystkie dzieci biedoty warszawskiej. Stworzył dla nich nowy typ placówki opiekuńczej, tzw. ognisko, gdzie sierotom, dzieciom opuszczonym i pozbawionym warunków do rozwoju w rodzinie zapewniano troskliwą opiekę, przywracano uśmiech i
utracone dzieciństwo.
Wychowankowie przebywali tam cały dzień, ale na noc z reguły wracali do swych domów rodzinnych, tylko dla nielicznych,
którzy nie mieli dokąd wracać funkcjonował niewielki hotelik.
Kazimierz Lisiecki uważał, że rodzina jest najwłaściwszą instytucją opiekuńczo-wychowawczą, bo w niej najlepiej dokonuje się proces wychowania godnego człowieka i obywatela.
Twierdził, że nie da się stworzyć placówki, która byłaby w stanie w pełni zastąpić rodzinę naturalną.
Nie chciał więc odrywać dziecka od rodziny, proponując ognisko jako formę pośrednią, łączącą walory środowiska naturalnego i dobrze funkcjonującej placówki opiekuńczej.
W założeniach Kazimierza Lisieckiego miał to być „ […]dom normalny, dobry dom, gdzie każdy jest dobry i ważny i w którym dla każdego, komu na tym domu zależy, jest miejsce [ ..]. Ale wiedziałem, rozumiałem, czułem — dodawał — że to nie może być zamknięta bursa ani dobroczynny przytułek”
W ognisku wychowankowie otrzymywali posiłki, odzież, przybory szkolne, pomoc w nauce.

Tu dzieci bawiły się, pracowały i odpoczywały, korzystając z
ciepłej, rodzinnej atmosfery, czego zwykle brakowało im w domach rodzinnych. Kazimierz Lisiecki postanowił być dla nich ojcem i opiekunem, rzecznikiem i sędzią, przyjacielem i wychowawcą. Dzieci nazywały go „Dziadkiem”, byli tu też „wujkowie”
„stryjkowie”, tj. inni młodsi wychowawcy — najczęściej usamodzielnieni wychowankowie ognisk.
„Wychowawca to wielkie słowo — mówił K. Lisiecki. — Wychowawcy nie rodzą się na kamieniu [ . .]„ wychowawca rodzi się tak, jak artysta malarz. Czy ktoś może zostać artystą malarzem tylko na skutek studiów? — Nie da rady”
124 Cyt za: M. Balcerek, Wkład Kazimierza Lisieckiego do pedagogiki opiekuńczej, Problemy
Opiekuńczo-Wychowawcze” 1982, nr 8, s. 379.
125 Tamże, S. 381.


Jego zdaniem dobrym wychowawcą może być tylko człowiek z sercem, talentem, z określonymi predyspozycjami, a dopiero w dalszej kolejności ważne są studia i wiedza. Często przyjmując do pracy nowych wychowawców, pytał ich nie o formalne przygotowanie, lecz o to, co potrafią robić. „Niech przyjdą do roboty wychowawczej ludzie nawet niewykwalifikowani, ale ludzie z sercem, kryształowi – dziecko ich pozna”.
Dla nowych pracowników stosował proste kryterium oceny:
- jeśli dzieci garnęły się do wychowawcy, to przedłużał z nim kontrakt, w przeciwnym wypadku dziękował za współpracę.
„Dziadek” dbał o dobro dziecka i jego prawa, w jego ogniskach konsekwentnie realizowano dwie zasady:
zasadę godności i honoru — „wstyd za zło” oraz
zasadę pracy na rzecz ogółu — „nic za darmo”
ważna też była samorządność.
Wychowanie przez pracę realizowano tu w różnych formach (dyżury,
prace porządkowe,
hodowla zwierząt,
remonty,
naprawy sprzętu).
Wychowankowie byli rozliczani z pracy i nagradzani (symbolicznie). Do prac na rzecz ogniska włączali się również rodzice wychowanków.
Charakterystyczną dla Kazimierza Lisieckiego formą oddziaływania pedagogicznego na wychowanków były „kazania Dziadka”, swoiste pogadanki o tematyce ogólnospołecznej,
filozoficzno-moralnej czy
organizacyjno-porządkowej.
Co tydzień miało miejsce rozliczanie wychowanków z zachowania, nauki i pracy. Najbardziej dotkliwą karą za przewinienia był tzw. urlop z ogniska — wychowanek był odsyłany z placówki na określony czas. Trudno odmówić waloru prewencyjnego tego typu karze, ale w przypadku dziecka, które mocno związane było z ogniskiem, kara była wyjątkowo surowa, zaś wtedy, gdy dotyczyła ona nowego wychowanka, jego odejście z ogniska rodziło poważne niebezpieczeństwa wychowawcze.
Nagrodami stosowanymi w ognisku były:
- wyróżnienie na apelu,
- ucałowanie publiczne przez „Dziadka” ( wyjątkowo wysoko
cenione),
- wyjazd na kolonie lub
- obóz.
Nagradzanie odbywało się w szczególnie miłej atmosferze i było obudowane przemyślanym ceremoniałem.
Ogniska „Dziadka” Lisieckiego rozprzestrzeniły się nie tylko w Warszawie, organizowano je w Łodzi, Toruniu, Grudziądzu i w Gdyni. Początkowo były to placówki tylko dla chłopców, ale później (od 1965 r.) przyjmowano do nich także dziewczęta. Kazimierz Lisiecki zwracał uwagę na potrzeby dzieci, rozwijanie ich
zainteresowań i zamiłowań. Zarzucał rodzicom, że nie znają i nie rozumieją własnych dzieci, a urzędnikom zajmującym się opieką wytykał bezduszność i formalizm. Protestował po II wojnie światowej przeciw „podzieleniu dziecka na resorty”, ostro
potępiał schematyzm w pracy ówczesnych domów dziecka.
126 Nic ma pcwności, czy Lisiccki wprowadził do swych ognisk zasadę nic za darmo” pod w; wcm osiągnięć A. Makarcnki lub Ch. Kofocda — współczcsncgo mu duńskicgo pcdagoga, który w sw placówkach opickuńczych rcalizował idcntyczną zasadę. Nic można tcż wykluczyć niczalcżncgo od sic:
dojścia do takich samych założcń i podobnych form pracy.


Koniec 12.11.2008 8.15-9.45


Janusz Korczak (1878-1942)

J. Korczak (właściwe nazwisko Henryk Goldszmit) był lekarzem, filozofem, pisarzem, społecznikiem i wychowawcą. Pracę pedagogiczną rozpoczął w wieku 14 lat jako korepetytor, potem bywał dozorcą (wychowawcą) kolonijnym, wreszcie 1912 roku został dyrektorem Domu Sierot — warszawskiej placówki opiekuńczej dla
opuszczonych dzieci żydowskich. Blisko też współpracował z Maryną Falską dyrektorką Naszego Domu, zakładu wychowawczego dla polskich sierot. Placówka ta najpierw mieściła się w Pruszkowie (od 1919 r.), a potem (w 1928 r.) przeniesiono
ją do nowo wybudowanego gmachu na Bielanach w Warszawie.
Niezwykła wrażliwość Janusza Korczaka na krzywdę społeczną, zwłaszcza tę, która dotyczyła dzieci z najuboższych środowisk, skłaniała go do płomiennej publicystyki i napisania takich książek, jak Dzieci ulicy (1901) czy Dziecko salonu (1906).
Potem Dom Sierot stał się dla Janusza Korczaka warsztatem pedagogicznym, twórczym laboratorium, w którym przeprowadzał liczne badania i eksperymenty. Swe pozytywne doświadczenia przenosił do Naszego Domu, a pośrednio do innych placówek opiekuńczych, szkół i rodzin. Wychodząc z założeń nowego wychowania, traktował dzieci jako odrębną kategorię społeczną i przeciwstawiał się temu, aby były dodatkiem do życia dorosłych, przedmiotem beztroskiej i bezdusznej manipulacji.
Walczył o prawa dzieci nie tylko do miłości i szacunku, ale do traktowania ich jak ludzi.
Nowe wychowanie zalecało też samorządność wśród dzieci. Janusz Korczak twórczo rozwinął tę ideę w obydwu placówkach. Zmierzał do utworzenia środowiska wychowawczego, w którym dziecko
- będzie czuło się dobrze,
- będzie mogło być sobą,
- relacje między dziećmi i dorosłymi będą oparte na zasadzie
umowy społecznej, honorującej prawa obydwu stron.
Starał się zapewnić dzieciom warunki swobody, naturalnej ekspresji i chęci działania.
Dla utrzymania porządku w przeszło stuosobowej placówce, jaką był Dom Sierot, Janusz Korczak wprowadził radę samorządową. Stanowili ją posłowie — przedstawiciele pięcioosobowych grup wychowanków.
Rada samorządowa z udziałem wychowawcy ustalała przepisy i prawa regulujące wszystkie dziedziny życia placówki, obowiązujące zarówno dzieci, jak i dorosłych członków społeczności.
Przestrzegania tych praw pilnowała rada i sąd koleżeński.
Lisiecki nie napisał żadnego dzieła pedagogicznego ani krótkiej rozprawy, ale go działalność miała charakter prekursorski. Był przewodnikiem w życiu wielu : sierot i dzieci biedoty warszawskiej, stworzył drugi dom dla kilku tysięcy :zieci, za co otrzymał szereg odznaczeń państwowych i społecznych”
_.3. Janusz Korczak (1878—1942)
127 W Salingcr, Kazimierz Lisiecki — Dziadek, Przyjaciel Dziccka” 1977, nr 2.

Sąd koleżeński odgrywał szczególną rolę: rozstrzygał sporne kwestie, konflikty między wychowankami oraz między dziećmi a dorosłymi. Instytucje sądu i rady sądowej działały na podstawie kodeksu zawierającego tysiąc paragrafów, które uczyły
- tolerancji,
- wybaczania sobie nawzajem,
- rozumienia motywów postępowania.

Kodeks sądu koleżeńskiego był według Janusza Korczaka „nie wykończoną, ale pomyślaną próbą unikania ogólnie stosowanego systemu kar i represji”
Najczęściej zapadały tu więc wyroki polubowne i uniewinniające. Do sądu można było podać kolegę, osobę dorosłą lub. . . samego siebie (z tej ostatniej możliwości korzystał też Korczak).
Należało najpierw złożyć pozew na piśmie, służyła temu tzw. Lista spraw. Zapobiegało to pieniactwu — i co ważniejsze — uczyło samokrytycyzmu, sprzyjało zastanowieniu się nad własną postawą i zachowaniem.
Zeznania stron i rozprawy sądowe były protokołowane w „Książce sądowej”, a „Gazeta Sądowa” odnotowywała wyroki. Inna gazetka ukazywała cotygodniowy bilans życia Domu Sierot.
Samowychowaniu sprzyjały także „zakłady” stanowiące swoistą umowę wychowawcy z wychowankiem, który zobowiązywał się, że w określonym czasie zwalczyc jakąś swoją wadę, np.
- skłonność do zaczepek i bójek,
- używanie przezwisk i przekleństw.
Choć umowa została wpisana do zeszytu, to sam zainteresowany wychowanek kontrolował się i oświadczał, czy wytrwał w postanowieniu. Nagrodą formalną były dwa groszowe cukierki, zaś istotniejsza była nagroda moralna
— radość z pokonania własnej słabości.
Pocztówka pamiątkowa też nie była nagrodą ani premią, lecz wspomnieniem, symbolem codziennego wysiłku dziecka w dążeniu do celu.
Wychowankowie otrzymywali pocztówki z okazji jubileuszów, powrotu do zdrowia, pożegnania itp.
Janusz Korczak rozbudował w swych placówkach techniki pisemnego porozumiewania się z wychowankami.
Na tablicy ogłoszeń umieszczano
- plan dnia,
- zarządzenia,
- polecenia,
- zawiadomienia skłaniające do zorganizowanej pracy.

Z inicjatywy dzieci i wychowawców zaczęły się pojawiać na tablicy
- „Lista dziękuję”,
- „Lista drobnych uchybień”,
- „Lista prac dobrowolnych” (poza obowiązkowymi dyżarami),
- „Oszczędności dzieci” i
- „Zestawienia” (uwag wychowanka, bójek i spraw sądowych). Podobną rolę spełniało pisanie listów wrzucanych do specjalnej skrzynki. Listy te zawierały prośby, zwierzenia, skargi, żale i pytania wymagające przemyślanej odpowiedzi ze strony wychowawcy.
Dla ochrony własności dziecka Korczak powołał „notariat”, gdzie zapisywało się wszelkie transakcje zawierane między dziećmi. Była też skrzynka rzeczy znalezionych i kasetka lub szuflada przeznaczona na indywidualne skarby każdego dziecka.
KONIEC 03.12.2008 10-1130.
„Lista wczesnego wstawania” miała nie tylko wdrażać do wydłużenia dnia, lecz także skłaniała do przestrzegania regulaminu. Komisja opiekuńcza czuwała nad prawidłowym funkcjonowaniem par: starszy wychowanek — nowicjusz.
Pierwszy był przewodnikiem drugiego.
Kasa pożyczkowa, kasa oszczędności i sklepik powołane zostały w celu przyuczenia wychowanków do gospodarowania pieniędzmi. Dzieci mogły zaciągać pożyczki dla siebie, a nawet dla członków swej rodziny pod warunkiem, że zwrócą je w określonym terminie.
„Kółko pożytecznych rozrywek” powstało dla zaspokojenia potrzeb kulturalno-oświatowych. Wybierany na corocznym zebraniu zarząd tego kółka organizował czas wolny i był odpowiedzialny za konserwację gier i zabawek.
Ukoronowaniem wszystkich przejawów i form samorządności w placówkach Korczaka był sejm, wzorowany na instytucji państwowej.
Do jego zadań należało:
- zatwierdzanie lub odrzucanie praw wydawanych przez radę
sądową,
- przyznanie prawa do pocztówki pamiątkowej,
- przyznanie pewnych ulg wychowankom,
- opiniowanie podań o roczne przedłużenie pobytu w Domu
Sierot,
- nadawanie mian obywatelskich,
- kontrolowanie pracy instytucji niższego rzędu.
W dalszej perspektywie Janusz Korczak zamierzał dać sejmowi prawo przyjmowania do Domu Sierot dzieci i usuwania stąd starszych oraz osób z personelu. To nie była zabawa w samorząd, jak sam podkreślał, ale „praca i walka w obronie porządnych, cichych i słabszych przeciwko wrogom porządku i sprawiedliwości”
Ważnym elementem w życiu placówek Korczaka była praca. Najprostszą jej formę stanowił dyżur jednoosobowy (np. wycieranie kurzu).
Dyżur starszego polegał na koordynowaniu pracy samoobsługowej, wykonywanej przez kilku dyżurnych. Dyżurny piętrowy zarządzał, kontrolował i składał raport z pracy kilkunastu dyżurnych. Dyżury pozostawały w ścisłym związku z „Listą pochwał i uchybień”, z pocztówką pamiątkową, sądem koleżeńskim, kasą oszczędności.
W kolejnym etapie Korczak doszedł do dobrowolnej pracy dzieci, wycenianej w „jednostce pracy” równej półgodzinnemu wysiłkowi. Wychowankowie oprócz dyżurów pracowali w szwalni w Domu Sierot i na fermie rolniczej w Gocławku. Narzędzia czystości (szczotki, szufelki) umieszczano zawsze na honorowym miejscu. Placówki Janusza Korczaka były domem pracy i szkołą życia przygotowującą solidnych pracowników, umiejących sprawiedliwie dzielić obowiązki i uporać się z każdym zadaniem.
Plebiscyt życzliwości został wprowadzony jako modyfikacja „stopni życzliwości i niechęci”. Miał na celu uświadomienie wychowankowi jego pozycji w zespole dziecięcym i zachęcenie do walki o lepszy status. Na podstawie wyników tajnego głosowania za pomocą trzech kartek plebiscytowych (plus — oznaczało „lubię”, minus — „nie lubię”, zero — „jest mi obojętny”),
sejm przyznawał nowicjuszowi po miesięcznym pobycie w placówce jedną z czterech kwalifikacji obywatelskich: towarzysz, mieszkaniec, obojętny mieszkaniec, uciążliwy przybysz.
Wychowankowie mieli prawo co roku ubiegać się o zaliczenie do wyższej kategorii obywatelskiej, co wiązało się z określonymi przywilejami przewidzianymi w regulaminie Domu Sierot.
Plebiscyt życzliwości można też rozpatrywać jako element diagnostyki wychowawczej, wprowadzonej do praktyki pedagogicznej przez Janusza Korczaka.
„Czym gorączka, kaszel, wymioty dla lekarza, tym uśmiech, łza, rumieniec dla wychowawcy. Trzeba notować i zastanawiać się nad wszystkim, odrzucać co przypadkowe, łączyć co pokrewne, szukać kierujących praw” Dobry wychowawca powinien dążyć do wszechstronnego poznawania dziecka, jego potrzeb, możliwości i ograniczeń, ale też poznawać samego siebie, stale doskonalić swoją pracę.
Wychowawca nie może być dozorcą ani prokuratorem, powinien być bardziej podobny do lekarza, który nie oskarża, lecz bada i leczy. Nie jest wychowawcą, „kto się oburza, kto się dąsa, kto ma żal do dziecka, że jest tym, czym jest, kim się urodziło lub jakie doświadczenie je wychowało” Korczak zalecał wychowawcom życzliwość wobec dziecka (niezależnie od jego zasług czy win, zalet czy przywar), atmosferę tolerancji („mądry uśmiech pobłażania”), choć w innym miejscu przestrzegał, że „dziecko ma prawo do poważnego traktowania jego spraw”
Zdawał sobie sprawę z niskiej rangi społecznej wychowawcy placówki opiekuńczej. Nauczyciela nazywał „arystokratą” w porównaniu do „wychowawcy — kopciuszka”.
Podkreślał, że wszyscy pracownicy zakładu opiekuńczego są wychowawcami i nawet starszych wychowanków przyuczał i wykorzystywał do pracy z dziećmi. Studenci różnych uczelni w zamian za pobyt i utrzymanie w bursie pomagali swym młodszym kolegom w odrabianiu lekcji, bawili się z nimi, organizowali różne zajęcia w wymiarze czterech godzin dziennie.
Za podstawowe kryterium przydatności do tego typu pracy Janusz Korczak uznawał opinię o wychowawcy wydawaną przez społeczność dziecięcą. Najistotniejszym jednak według niego czynnikiem zapewniającym sukces pedagogiczny jest związek emocjonalny między wychowawcą a dzieckiem.
Janusz Korczak pokazał całemu światu, że można i w warunkach placówki opiekunczej stworzyć sierotom pełnowartościowe środowisko wychowawcze. Nie dokonał jednak tego sam.
Trudną do przecenienia rolę odegrały jego wspaniałe współpracownice — Stefania Wilczyńska w Domu Sierot oraz Maryna Falska w Naszyn Domu. M. Falska nie ze wszystkim zgadzała się z Januszem Korczakiem, była bardziej za modelem placówki otwartej, współpracującej ze środowiskiem, zaś Korczak chciał „oszczędzić dzieciom brudów ulicy”.
Dziś w tej kontrowersyjnej kwestii rację przyznalibyśmy na pewno Marynie Falskiej, a nie Januszowi Korczakowi, któremu się wręcz zarzuca, że „wychowywał swe dzieci pod kloszem”, że jego pedagogia ma cechy utopii.
Na słabsze strony dorobku Janusza Korczaka zwrócili uwagę już jemu współcześni.
Kazimierz Jeżewski wytykał Januszowi Korczakowi to, że „puszczał w świat 14-letnie niedorostki”.
J.Cz. Babicki nie mógł się zgodzić z praktyką stosowania nazw placówek piętnujących sieroctwo (Dom Sierot).
Helena Radlińska pisała, z myślą o Korczaku, że „niejeden błyskotliwy pomysł [..] na razie czyni zadość utopijnej ideologii twórców, przeczy zaś prawdzie życia dziecka w społeczeństwie”
Dziś możemy też wyrazić zdziwienie, dlaczego Janusz Korczak nie dzielił gromady dziecięcej na stałe, małe grupy. W jego placówkach podstawową jednostką był zespół mieszkający w dużej sali z „gniazdem bocianim” pośrodku — podwyższonym miejscem dla wychowawcy. Miało to sprzyjać „wychowaniu prewencyjnemu”; obserwator w „gnieździe” widział wszystko i dzięki temu zapobiegał swarom, bójkom i innym przejawom niewłaściwego zachowania.
Nie całkiem słusznie przypisuje się Januszowi Korczakowi autorstwo postulatu, aby dziecko traktować jak człowieka.
Wprawdzie napisał: „największym błędem pedagogiki jest sądzić, iż jest ona nauką o dziecku, a nie o człowieku” ale jest to tylko parafraza jednego z głównych haseł nurtu nowego wychowania: „Dziecko nie jest zadatkiem na człowieka, lecz już jest człowiekiem”.
Osobowość Janusza Korczaka sprawiła, że jego pedagogiczny dorobek dziś oceniany bywa jako zjawisko niepowtarzalne i nie w każdym punkcie zgodne z dzisiejszym stanem wiedzy.
Dzieła J. Korczaka są jednak wciąż cytowane i wydawane w wielu językach świata. Ruch korczakowski przenika poza granice Polski. Obydwa fakty świadczą o ponadczasowej wartości jego doświadczeń, odkryć i przemyśleń”



Księdza

8. OPIEKA NAD DZIECKIEM W POLSCE PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ
8.1. Gaiped — gdańska akcja opiekuńczo-wychowawcza z lat 1960—1970
Galped to kryptonim Gdańskiej Akcji Letniej Państwowych Domów Dziec ka. Jej inicjatorem i wieloletnim organizatorem był Gerard Lubiński — pracownik Okręgowego Ośrodka Metodycznego w Gdańsku” Pomysł zrodził się na gruncie

Dodaj swoją odpowiedź