O kropelce i całej reszcie historia pewna.

Oderwała się od chmurki. Pomknęła w dół z radosnym, dzikim i tym swoim „ Jupi” na roześmianej twarzy. Nie myślała o rodzicach. Mama, tata, nikt nie był w stanie już jej zatrzymać. Nareszcie wolna, sama, bez kontroli i wiecznych pytań: Zęby umyte? Uszy czyste? Lekcje odrobione? Śniadanie zjedzone? Co było na obiad? Idziesz do szkoły jutro rano czy po południu?
Cały, wielki, bezgraniczny świat stał i czekał. Dokładnie. Jej ojciec – Deszcz – był właśnie w pracy. Razem z kolegami, Panem Piorunem i Edmundem Grzmotem użyźniali spragnione wody pola, po zachodniej stronie podniebnej autostrady, na którą za kilka godzin wyjadą świecące gwiazdy. Przy okazji straszyli ludzi: hukiem i błyskawicami - bawiąc się przy tym jak dzieci. Mama kropelki –Pogoda – dzień wcześniej została wezwana w trybie pilnym do swojego szefa. Przygotowała w domu wszystko, jak trzeba, żeby nic nikomu nie zabrakło – na dwa dni musiała wyjechać. Po prostu nie było innego wyjścia. Kropelka była zresztą dużym, samodzielnym dzieckiem. Wiedziała to i owo, a chciała jeszcze więcej. Uważała się za samodzielną, w pełni dorosłą i zupełnie nie potrzebowała nikogo. Och, jak pragnęła poznać „nowe”. Jak bardzo nudziła się „ szarą codziennością”. Rano pobudka, wcześnie, bo do szkoły daleko, a tyle do zrobienia… toaleta, ubrać się, zjeść, sprawdzić czy zeszyty i książki w tornistrze, piórnik na miejscu. Potem pędem do sąsiadów: Pan Wicher i Pani Niebo stali już gotowi. Razem z promykiem, „wspólnikiem” od wszystkiego, kropelka siadała na tylnym fotelu kosmolotu. Wicher wołał:
– Jupi! – i ruszali. Mieli takie przyśpieszenie, że wszystkich wgniatało w oparcia. Do szkoły docierali z ostatnim grzmotem, wpadali do klasy ledwo łapiąc oddechy. Zaczynały się lekcje. Kto lubi lekcje? Przerwy tak, ale lekcje? Kto, poza tym wymyślił, żeby lekcja trwała trzy, cztery razy dłużej niż przerwa? Po co komu klasówki, kartkówki, sprawdziany i zadania domowe? Takie to wszystko nudne. Jeszcze te powroty do domu. Ze starym Ozonem. Całą drogę tylko jęczy i charczy: Jaki zmęczony pracą, niedoceniany i chory. Po takiej podróży trudno było zmusić się do uśmiechu, a co dopiero mówić o zabawie i psotach. No i wreszcie - obowiązki! Przysłowiowa kropka nad „i”. Cały dzień, od rana „zawalony”, a tu masz ci babo placek! Już na wejściu do domu: Umyj ręce! Przebierz się! Jak ty wyglądasz!? Przecież dopiero jeden raz miałaś to na sobie! Co wy tam w szkole robicie? Pośpiesz się, obiad gotowy! Później pomożesz mi sprzątać, naczynia zmyjemy, a wieczorem odwiedzi nas ciocia kometa z wujkiem księżycem. O, tego już było za wiele! Wiecznie pędząca gdzieś ciocia, o włosach pachnących spalenizną, z rozbieganymi myślami, trajkocząca non stop i cały czas milczący, blady jak prześcieradło wujek, który podobno do tej pory raz się uśmiechnął, a dwa razy przemówił. Pierwszy:
- O wa! – Kiedy urodziło mu się dziecko.
Drugi:
– Acha – Kiedy dowiedział się, że ma syna. Wtedy też zauważono uśmiech. Cóż, synalek nosił od samego początku nosek zadarty bardzo, bardzo wysoko. Z nikim się nie bawił, nikogo nie chciał znać i wzajemnie. Kropelce za to wysychały z nerwów kąciki boczne, kiedy musiała wysłuchiwać – przez całą wizytę – historii w stylu:
- A wiecie, że nasz Kosmos ( tak miał na imię) to, to… to tamto… i jeszcze siamto… - Na pamięć mogła recytować zalety kawalera. Niezmierzony, nieodgadniony, wszyscy się wpatrują, gwiazdor prawdziwy. A jaki mądry, wnętrze bogate i w ogóle. Same „echy” i „achy”. Po takich odwiedzinach to nic się nie chce, a tu trzeba jeszcze siadać do lekcji, a potem znowu toaleta, przebierz się, zęby umyj, uszy, lekcje odrobione? Szkoda mówić. Na szczęście podjęła właściwą decyzję. Dokonała jedynego, słusznego wyboru. Sama, bez niczyjej pomocy zobaczy świat! Zostawiła rodzicom wiadomość, kilka słonecznych promyków. Na pewno zrozumieją. Oho, do celu niewiele zostało. Zmartwiło się słońce, zatrzymały chmury, wiatr ustał.
- Co ty robisz kropelko? Po co ci to? Na co? Nie wiesz, nie przewidzisz, nie zmienisz pewnych…- Szeptały do siebie zagadki natury.
- Szszszszsz… - Czekał ocean słonej wody – Szszszsz… - Zajęty własnymi sprawami nie zwrócił najmniejszej uwagi, kiedy pacnęła o taflę i zaczęła tonąć.
- Cco sssię dzdzieje!? Cco… - Zdziwiła się uciekinierka, ale każdy by się zdziwił, co tu ukrywać. Najgorsze, że mała, samotna kropelka słodkiej wody trafiła w zupełnie sobie wrogie środowisko…



Mama Kropelki, Pogoda wróciła ze spotkania w wyśmienitym humorze. Weszła do domu i zawołała:
– Kropelko! Gdzie jesteś? – Ale nikt nie odpowiedział. Poszła do przedpokoju, zobaczyła w szafie. Córka uwielbiała zabawę w chowanego ( Kto nie lubi, się pytam. Kto?). Zajrzała do garderoby, pod łóżko oraz za zasłony. Nikogo. Wychodząc z sypialni kątem oka zauważyła unoszącą się kołdrę. Podeszła cichutko, na paluszkach:
- Już ja ci dam, tak nabierać własną matkę… - delikatnie chwyciła róg poszwy. Nagłym ruchem poderwała do góry całość krzycząc głośno:
– Ucha! Mam cię dowcipnisiu!
- Aaa! Cco…cco…kto….kiedy….jak…!? – Zaspany deszcz zerwał się w trymiga – Pogoda!? Jak mogłaś? Tak mnie wystraszyć!
Nastąpiło lekkie zdziwienie. Ojciec sądził, że Kropelka jest z mamą. Mama była pewna, że córka jest z tatą. Zdziwienie szybko przerodziło się w niepokój, potem w przerażenie. Pogoda zadzwoniła do rodziców Promyka. Ani pan Wicher, ni pani Niebo, nie mieli pojęcia: zielonego, niebieskiego czy żółtego, gdzie też może podziewać się zguba. Ba, wzięty na szybkie, domowe przesłuchanie promyk czerwienił się, pąsowiał i wściekał w duchu, że on, nawet jemu nic nie jest wiadome w sprawie zaginięcia Kropelki! No i się zaczęło. Postawiono na nogi również ciocię Kometę z mężem Księżycem, pana Pioruna i Edwarda Grzmota, zaufanego przyjaciela rodziny, zresztą. Jedynie stary Ozon, wiecznie cierpiący katusze, męki istne, obiecał pomóc w poszukiwaniach natychmiast; jak tylko miną mu bóle. Miał bowiem dziury! I to w zębach! Bał się dentysty, nie chodził na kontrole! Wszystkim w koło mówił, że nie musi, bo nie ma zębów. Akurat. Właśnie leżał opuchnięty i załatwiał sobie wizytę w trybie „alarmowym”. Tak, tak. Gdyby chodził regularnie, nic by mu się nie miało prawa stać. Zaniedbanie przypłacił bólem i stanem zapalnym. Nie mógł jeść, pić, rozmawiać. Na szczęście polecony dentysta, doktor Tajfun zgodził się przyjąć pacjenta natychmiast…
Uruchomiono kosmolot. Szukano w czarnych dziurach. Osiem razy obleciano słońce i ziemię. Deszcz zaglądał we wszystkie zakamarki, a ludzie wkładając kalosze i płaszcze nieprzemakalne z obawą spoglądali w górę. Pytali samych siebie:
- Kiedy wreszcie przestanie padać? Przecież to niemożliwe, żeby deszcz tak zacinał i padał bez przerwy. Co to za pogoda? – A pogoda oszalała. Z tęsknoty, obawy, strachu. Żeby córuni nic się czasem nie stało, nikt jej nie skrzywdził, wróciła jak najszybciej zdrowa do domu. Kiedy ciocia kometa śmignęła niebezpiecznie blisko kuli ziemskiej, naukowcy podnieśli alarm – Coś nam grozi! Jeszcze nie wiemy dlaczego, ale Matka Natura wymyka się człowiekowi spod kontroli! – Było to kłamstwo do kwadratu. Starowinka Natura, matka wszystkiego, co żyje, dobrze się miała. Rozumiały to zwierzęta, wiedziały o tym rośliny, ale ludzie już nie. Promyk świecił jak opętany, Księżyc spocił się z wysiłku, jedynie Kosmos trwał – zarozumialec jeden – jakby nic się nie stało.
- Idzie globalne ocieplenie! Promienie nas wykończą! O, widać plamy na Księżycu! Już po nas! – Zrzędzili ludowi mędrcy, strasząc i grożąc wszystkim.
- Wyczytałem w gwiazdach, zobaczyłem, spostrzegłem to, a to… - Każdy z nich przedstawiał swoją wersję, mających nastąpić wkrótce strasznych, nieodwracalnych kataklizmów, jakie spotkają ludzkość, za coś tam. Wszystko łgarstwa! Ludzie nauczyli się bowiem oszczędzać wodę, korzystać z energii tylko kiedy jej potrzebowali. Dbali o środowisko. Nie niszczyli roślin. Pozwalali żyć zwierzętom. Byli dla siebie mili, uprzejmi i chętnie pomagali, jeden drugiemu.
Matka Natura dobrze wiedziała, gdzie jest i co dzieje się z kropelką…

- Jja…tonę! Ratunku! – Krzyczała zguba, zanurzając głębiej i głębiej w oceanie. Było zimniej, ciemniej i ciszej. Mała zorientowała się, że nic jej nie grozi. Skupiła na oglądaniu, słuchaniu i zapamiętaniu jak największej ilości szczegółów. Oczyma wyobraźni widziała już siebie po powrocie do domu w głównej roli. Usiądzie na kanapie. Wokół mama, tata i wszyscy znajomi, razem z tym zarozumialcem – Kosmosem. Będzie mówić, mówić, mówić. Nikt jej nie przeszkodzi. Nie każe iść myć zębów, spać… Będzie traktowana jak dorosła. Tak. Dorosła, poważna i znająca świat istota. I nikt tego już nie zmieni. Całkiem się rozmarzyła.
Nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła. Opadła na samo dno najgłębszej, ziemskiej depresji.



Kropelka była już w snach: dzikim kowbojem, księżniczką, tajemniczą czarownicą, królową wielkiego państwa oraz zwykłą, samotną, szukającą czegoś kropelką czyli sobą. Tym razem, mknąc ku nieznanym głębinom morskiej toni stała się panną młodą. Na ślubnym kobiercu utkanym przez matkę wszystkiego; Naturę, liczne ciocie: Wiosnę, Lato, Zimę, Jesień, spotkała tego jedynego. Sama sobie nie wierzyła jak to się stało, ale obok niej szedł silny, potężny, niezbadany i budzący ciekawość – Kosmos. Którego nie lubiła, z którego się podśmiewała i nigdy nie traktowała poważnie. Ubrana w szatę z jesiennych liści, kwitnących na wiosnę paproci. Promieniująca letnim, rozgrzewającym uśmiechem, w białych jak śnieg bucikach, prowadziła do ołtarza swojego księcia z bajki. Zatrzymały się chmury, ciekawe spoglądały liczne zwierzęta, rośliny kołysały z radości. Wujek Księżyc specjalnie pozostał na niebie. Razem ze stryjem, Słońcem, dumnie patrzyli na ceremonię. Ołtarz stworzyła Natura. Ze spadającej wody, surowych skał, latających ptaków, pływających ryb i mieniących się tysiącem barw kamyczków. W Białym Kanionie Rio Brawo powiedzieli sobie: Tak.
Później Kropelka słuchała o licznych planetach, wybuchach na Słońcu, miliardach jej podobnych, zamarzniętych na wieki, wodnych istotach, które czekają na „swój czas” ukryte pod grubymi skorupami odległych domów. Ubrana jak księżniczka, piękna jak królowa, po prostu szczęśliwa… śpiąc uderzyła o dno.
Otworzyła oczy.
- Aaa…! – Tuż przy twarzy. Na dotknięcie powieką, kręciła się dziwna, świecąca postać.
- Aaa…! – Która również nie spodziewała się takiego spotkania.
Obie wystraszone istoty rzuciły się do ucieczki w przeciwne strony. Wkrótce zniknęły w ciemności.
- Co ja tutaj robię? Co się stało? Gdzie ja jestem? – Oszołomiona, lekko zaspana, próbowała przypomnieć sobie szczegóły – Już wiem, to tylko sen. Muszę się uspokoić. Najlepiej zamknę oczy, zasnę i obudzę w domu – Jak powiedziała tak też zrobiła:
- Hrr,hrr,hrr… – Usiłowała zmusić sen do odwiedzin. Na nic trud. Ponownie otworzyła oczy.
- Aaa..! – Ten sam widok. Stała twarzą w twarz z nieznanym, iskrzącym stworkiem.
- A! – Który zdążył się już przyzwyczaić i przygotować na ponowne spotkanie z gościem.
- Ktoś ty? – Kropelka odzyskiwała głos.
- Ja? Ja? Ja jestem… - Świecące dziwadło próbowało na siłę przypomnieć sobie własne pochodzenie – Mr! Jestem Mr i mieszkam w tej depresji. Wszyscy mnie tak nazywają – Szczęśliwy z odpowiedzi czekał na rewanż, który jednak nie nadchodził. Postanowił zacząć ponownie.
- A ty? Kto ty jesteś? – Z ciekawością oglądał unoszącą się, to opadającą kuleczkę słodkiej wody.
- Jestem Kropelka i pochodzę z nieba – Z nieukrywaną dumą odpowiedziała „nowa”. Nastąpiła szybka wymiana informacji. Dla uproszczenia podamy jedynie, o co, kto pytał i jak, kto odpowiadał:
- Z nieba? A gdzie to? ( Mr)
- Jak to, nie wiesz? ( Kropelka)
- Jakbym wiedział, to bym nie pytał. ( Mr)
- Niebo jest na samej górze ( Kropelka)
- Phi. Na samej górze to my mamy ocean. ( Mr)
- A nad nim jest niebo, oj ruszyłbyś się, świata trochę zobaczył. ( Kropelka)
- Nie chce mi się. Mnie tu dobrze. ( Mr)
- Kiedyś też tak myślałam. Ale się myliłam. ( Kropelka)
- Też mi coś, ja się mylę sto razy na dzień. ( Mr)
- Gdzie twoi rodzice? ( Kropelka)
- Tata pracuje. Ryje w depresji. Mama sprzedaje dżatarabakadabrowniki na rynku. ( Mr)
- Dżatara…co? ( Kropelka)
- Dżatarabakadabrowniki. Nadzieję w impulsach elektrycznych. ( Mr)
- Chodzisz do szkoły? ( Kropelka)
- Yhy, ale niechętnie. ( Mr)
- Mogę tu trochę zostać? ( Kropelka)
- Pewnie, będzie mi nawet bardzo miło. ( Mr)
I poszli przed siebie. Przodem, oświetlając wszędobylską ciemność: iskrzący się, zmieniający kolory Mr, za nim samotna, słodka, ciekawska życia kuleczka.


- Pogoda chyba oszalała! – Mówili ludzie, kiedy śnieg leżał wiosną, upalne lato nagle skończyło się w lipcu, jesień zaczęła w sierpniu, a mróz: minus czterdzieści stopni trzymał przez tygodnie.
- Nadchodzi koniec świata! Nie ma ratunku! Wszyscy zginiemy! – Panika lawiną okrążała całą kulę.
Kropelka w tym czasie poznawała przyjaciół Mr: Br, Gr, Tr, My, Mu, Be, A, E, Pu, Ks… i wielu, wielu innych. Mieszkańcom depresji wcale nie przeszkadzało, że nie chcą wiedzieć więcej, więc nie wiedzą ile nie wiedzą. Pies z kulawą nogą ma bogatsze pokłady ciekawości, ale widocznie życie w głębinach, wśród ciemności i chłodu rządziło się własnym prawami. Kuleczka życia z podziwem odkrywała kolejne rozbieżności między słowami, a rzeczywistością. Tutaj wszystko było możliwe! Skoki do góry, jak kangury, zwisy na skałach, gonitwy do utraty tchu, rozmowy przy elektrycznych impulsach, koncert świateł, myki i inne tryki.
U góry wszyscy tymczasem szukali kropelki. Wieści przyniosły przylepione do resztek kadłuba, tonącego Titanica fragmenty gazet. „Anomalie pogodowe”, „Kolejna wojna światowa wisi w powietrzu”, „Kra krę mija tu lis ma norę”. Orkiestra dalej grała „"Nearer, my God, to Thee!”…
Kropelka słuchając zatęskniła za domem, szkołą. Myślała: „Co też robi Promyk?”. Pojawił się problem powrotu. Jak wznieść się do mamy? Tatę ucałować? Kiedy taka odległość… Skakała jak kangur, odbijała z całych sił, podrzucano ją do góry. Kątem oka widziała, jak inne krople wydostają się z idącego na dno okrętu i śpiewając, popiskując, ścigając, mkną ku niebu…
Była inna. Nie potrafiła tak. Miała balast zwany uczuciem…
- Nadmij się! – Polecił Try – Prawdziwy depresyjny snob. Nadęła. Poczuła się lżejsza.
- Pa…pa…pa…pamiętaj o nas!- Wykrzyczał A i już jej nie było.
Wystrzeliła nad słoneczne, spokojne lustro wody. Wokół pływały resztki Titanica. Przytuliła się do skostniałego ciała. Tutaj nie grała orkiestra. Było cicho. Zasnęła. Nawet nie wiedziała kiedy, zamieniła się z powodu niskiej temperatury w śnieżynkę.
W niebie obie istoty powitano jakby nic się nie stało. Na ziemi pogoda wróciła do normy. A jak potoczyły się dalsze losy kuleczki życia?
Marzenia się spełniły. Dorosła, ma wyśnionego męża, który nic, a nic się nie zmienił. Dzieci, latem spadające gwiazdy, jesienią zeschnięte liście . Wiosną kroplami deszczu uderzają o dachy ludzkich domów, a zimą płatkiem śniegu ścielą białym puchem góry i doliny.
Kropelka często spogląda w dół, tak jak każdy człowiek idąc, powinien patrzeć pod własne nogi.
Kuleczka myśli o poznanych w depresji. Każdego dnia. Każdej nocy. Czasem prosi dzieci lecące na ziemię, żeby pozdrowiły Mr, Br, Mu, jąkające się A i całą resztę od niej. Kropelki życia z nieba.

Dodaj swoją odpowiedź